Z pamiętnika tłumacza. Ale jak to się właściwie robi? (9)
zucho, 2011-12-20 10:03:00Przyszedł czas na kolejny, przedświąteczny odcinek pamiętnika tłumacza. Dziękując za wszelkie komentarze i uwagi, które pojawiły się pod pierwszym artykułem o Obsadzie, dziś proponuję Wam nieco mniej językowych ciekawostek, a za to krótki rzut oka na sam warsztat tłumacza i problemy, jakie ten może w pracy napotkać.
Autor: Piotr „Żucho” Żuchowski
Do roboty zasiadłem uzbrojony w edytor tekstu, kilka słowników (m.in. książkowy PWN, multimedialny PWN-Oxford i darmowy internetowy ling.pl) i podręcznik w wersji papierowej (jednocześnie przy tłumaczeniu wychwytując i zaznaczając błędy w polskim druku, których niestety nie uniknęliśmy). Niesamowicie ważnym narzędziem był również glosariusz – zwykły plik Excela z niemal sześcioma setkami haseł przetłumaczonych wstępnie jeszcze za czasów bytności Lucka w aktywnym Wolsung-teamie. Oczywiście wszystkie te hasła trzeba było jeszcze raz przejrzeć i pewne rzeczy ujednolicić, co zajęło masę czasu i nieraz mocno spieraliśmy się z Garnkiem o terminologię (szczególnie mechaniczną), ale gra była warta świeczki. Zapewniam, dobrze zrobiony glosariusz bardzo ułatwia potem zadanie tłumacza. Perspektywa przerobienia tak opasłego tomiszcza jak podstawka do Wolsunga może na początku trochę deprymować, ale jak już się zacznie, idzie coraz lepiej. Wiadomo wprawdzie, że różne fragmenty tłumaczy się różnie, czasem szybciej, a czasem wolniej, niektóre są bardziej wymagające, a niektóre zwyczajnie bardziej męczące od innych, ale muszę przyznać, że teraz, po zakończeniu całości, uważam pracę nad Wolsungiem za niezwykle ciekawe doświadczenie. Nie obyło się oczywiście bez pomocy paru osób, za którą w tym miejscu serdecznie im dziękuję.
Po pierwszej próbce Garnek nie był przekonany do mojej wizji tego tekstu. Wydawał się być przetłumaczony miejscami zbyt dosłownie, co zresztą przyznaję, choć z kolei z kilku fragmentów jestem niesamowicie wprost zadowolony :) Trzeba było to zrobić inaczej, tylko jak? Bazując na polskiej wersji, mając w głowie pomysły z niej wzięte, przepisać materiał po angielsku w sposób bardziej chwytliwy, „cool” i „sexy”, oraz w sposób po prostu bardziej (nie bójmy się użyć tego słowa) „marketingowy”, aby jak najlepiej za pomocą doboru słownictwa wyeksponować „fajność” systemu. Jeśli macie pod ręką podręcznik do Wolsunga, otwórzcie go i rzućcie okiem na pierwszy akapit we Wprowadzeniu, a potem porównajcie z tym:
Daring times demand extraordinary heroes!
Join us and enter the amazing 19th century, the time of the magical industrial revolution. The world full of challenges and mysteries awaits extraordinary heroes, personalities comparable to Sherlock Holmes, Lara Croft, Captain Nemo or Mata Hari. Become the hero of your dreams and live a life full of thrilling adventures. Uncover menacing mysteries, experience unforgettable moments and face unique challenges.
Pojawia się pytanie (wśród osób zajmujących się tematem poważnie, pytanie niemal odwieczne) jak w ogóle traktować tłumaczenie – czy ma być ono jak najwierniejszą kopią oryginalnego tekstu, czy autonomicznym „dziełem”, nie zawsze wiernym pierwowzorowi w miejscach, gdzie przesadna wierność może mu zaszkodzić? Mówiąc prościej – czy tłumacz ma prawo „poprawić” coś po autorze? Szczerze mówiąc, zawsze byłem zwolennikiem raczej tej pierwszej opcji, bycia do bólu dosłownym, ale wolsungowe doświadczenie zmieniło tę opinię :) Niby ma chodzić o dokładnie to samo, a jednak napisane innymi słowami. Oczywiście ten efekt nie był możliwy do osiągnięcia wszędzie, no bo co można podkoloryzować czy „ulepszyć” w rozdziale z zasadami gry, albo przy podawaniu statystyk Bohaterów Niezależnych? To tak jakbyśmy tłumaczyli pracę naukową lub ważną umowę między firmami – w takich przypadkach dosłowność i wierność przekładu wygrywają z lotnością stylu.
Wiele za to można było „ulepszyć” w ramkach z cytatami ze świata gry i muszę przyznać, że tłumaczenie tych właśnie fragmentów sprawiło mi najwięcej przyjemności. Możliwość stylizacji języka, użycia bardziej staroświeckiego słownictwa, oddania klimatu, humoru i żartów autora, tudzież wplecenie własnych – super sprawa. Oto przykładowy fragment „fluffu” gry z angielskiego World Tour:
The troll in a black uniform looked at the gnome with scorn. “There are situations in life when your famous deduction is not enough.” he pushed the barrel against the journalist’s forehead. “Goodbye, Mr Wittman”. The gnome smiled. “There are situations when simple arithmetic is perfectly enough. I counted your shots. The magazine is empty”.
Wstawki ze świata gry to jedno, a co zrobić, gdy w podręczniku znajdujemy cytat z jakiegoś istniejącego dzieła literackiego (a w Wolsungu w większości do czynienia mamy z cytatami z autorów anglojęzycznych)? Przełożyć z polskiego z powrotem na język oryginalny? No bez jaj, trzeba po prostu znaleźć oryginał. O ile dotarcie w Internecie do cyfrowych wersji dzieł Lovecrafta czy „Frankensteina” Mary Shelley nie jest przesadnie trudne, to już znalezienie online opowieści Roberta E. Howarda o Kullu Zdobywcy okazało się nieco bardziej problematyczne, na szczęście z pomocą przyszedł mi w tym konkretnym przypadku Marcin Blacha, udostępniając teksty, w których posiadaniu był. Dzięki wielkie Marcinie!
Zdobycie tekstu to jednak tylko część całego zadania, trzeba jeszcze wyszukać konkretny akapit, a jak to zrobić, gdy nie zna się dobrze angielskiej wersji utworu, a jest nim długaśna powieść pokroju „Diuny” Herberta? W podręczniku do Wolsunga w jednej z ramek znajduje się cytat ze sceny, w której występuje Baron Harkonnen i… globus. Otwieramy zatem tekst, wrzucamy w narzędzie wyszukiwania angielskie słowo globe i czytamy każdy fragment, w którym ów wyraz się pojawia. Tak, każdy. Każdy porównujemy z polskim fragmentem w podręczniku, aż w końcu trafiamy na ten właściwy. A czasem nie trafiamy i musimy szukać innych charakterystycznych słów, powtarzając czynność do skutku :)
Osobną sprawą, stanowiącą duże pole do popisu i niemałe źródło zabawy dla tłumacza jest słowotwórstwo, szczególnie dotyczące nazw własnych w światach fantasy. Zastanawialiście się kiedyś jak po angielsku brzmiałyby takie sformułowania jak: Kościół Alfijski, Shangijczyk, czy Nordalia? Otóż przymiotnik „alfijski”, jako że Alfheim jest steampunkowym odpowiednikiem Anglii, powinien mieć coś wspólnego ze słowem „English”, dla podkreślenia związku. Dlatego zdecydowaliśmy się na Alfish, a Alfheimczycy to Alfishmen (ktoś pamięta piosenkę Stinga „Englishman in New York”? Mnie, choć Stinga niespecjalnie lubię, ów wyraz nieodmiennie będzie się z nią kojarzyć :)). Analogicznie, np. „shangijski” (w naszym świecie – chiński) to Shangese (Chinese), ale niestety nie zawsze tak czytelne nawiązania są możliwe, a nawet jeśli są, to bywają rozwiązaniem słabszym. Problem pojawia się choćby w przypadku wolsungowych Polaków, czyli Slawijczyków. Oczywistym odwołaniem do słowa „Polish” byłoby „Slavish”, co jednak w moim przekonaniu po prostu nie brzmi dobrze. Może „Slavic” zatem? Też nie, bo to słowo już w języku angielskim istnieje i nie oznacza bynajmniej „polski”, a „słowiański” w ogóle. Tak więc postawiliśmy na dość neutralne, ale zupełnie akceptowalne słowo Slavian. Z kolei wspomniana już wyżej Nordalia – miejsce wielkiej bitwy inspirowanej oczywiście lądowaniem w Normandii podczas II Wojny Światowej – w tłumaczeniu została przerobiona na Nordaly, właśnie po to, by brzmieć podobnie do historycznego pierwowzoru, a więc Normandy.
Na koniec mały konkurs, niestety bez nagród (no może poza uściskiem dłoni na najbliższym konwencie, na którym się spotkamy :)). Pytanie brzmi – jak Waszym zdaniem przetłumaczyliśmy najbardziej chyba charakterystyczny wolsungowy pojazd, „paromobil”? Zostawiajcie komentarze, a odpowiedź znajdziecie w następnym odcinku pamiętnika!